Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (ciasteczka). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Chyba nikt na Morawach nie przypomina sobie tak wczesnego, lipcowego winobrania, a tymczasem z produkcją i sprzedażą burczaku trzeba poczekać do 1 sierpnia.

Jak już nie raz pisaliśmy, burčák to nie tylko częściowo sfermentowany moszcz z winogron, to także swego rodzaju zjawisko socjologiczne i kulturowe. Wśród Czechów to napój wręcz kultowy. Zgodnie z prawem (Czesi są w tej kwestii prawdziwymi purystami), można go wprowadzić do sprzedaży dopiero po pierwszym sierpnia i wtedy też, nie tylko na Morawach, rozpoczyna się swoiste, cykliczne misterium związane ze zbiorem winnych gron i zamianą ich w wino. A tymczasem tegoroczna aura spowodowała, że zbiory w niektórych morawskich winnicach już trwają. Jak twierdzą przedstawiciele Związku Winiarzy (Svaz vinařů), winogrona dojrzały o około miesiąc wcześniej niż zwykle. Ponieważ najlepszym momentem na spożywanie burčáku jest trwający tylko kilka godzin moment szczytowej fermentacji (o procesie powstawania burczaku przeczytasz TUTAJ), stanęli oni przed nie lada problemem.
Na szczęście i inaczej niż w ubiegłym roku, susza tak bardzo nie wpłynęła na jakość gron, zatem i zbiory powinny być lepsze, a gdyby jeszcze trochę popadało to nawet znakomite (podobnie jak w przypadku owoców i destylatów). Taka sytuacja na pewno dobrze wpłynie także na jakość morawskiego beaujolais, bo tak nazywane jest pierwsze w roku, otwierane 11 listopada, o godzinie 11, wino Svatomartinské.
Niestety, podobnie jak wiele branż w Czechach, także i winiarzy dotknął problem braku rąk do pracy, szczególnie tej sezonowej. Przycinanie, wiązanie, czy właśnie zbiór wymaga czasu i ludzi, a tych nawet za 100-120 koron/h (17-20 zł) ciężko dziś zachęcić - coraz mniej osób pociąga ta wyjątkowa atmosfera. Aktualnie ciężko znaleźć nawet obcokrajowca (najczęściej z Ukrainy), choć zwykle z powodów legislacyjnych. Ludzi oczywiście mogą zastąpić maszyny, jednak tylko przy niektórych pracach. Trudno dziś także na Morawach o wykwalifikowanych winiarzy, w szczególności w większych, lub niemających rodzinnych tradycji gospodarstwach. Doprowadziło to do sytuacji, że jeszcze podczas nauki (szkoły średnie i wyższe) przyszli adepci tej sztuki pracują w nich i to często na stanowiskach kierowniczych. Sytuacja byłaby zatem w zasadzie dobra, gdyby wiedza wyniesiona ze szkoły odpowiadała faktycznym potrzebom, takie jest przynajmniej zdanie starszego pokolenia winiarzy.
Cóż zatem począć? Ja na ten przykład wybieram się tam już za kilka tygodni, by być świadkiem tego, co może wkrótce, w związku z postępującą komercjalizacją i monetyzacją, stracić swój pierwotny urok.