Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (ciasteczka). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Konia z rzędem temu, komu pomiędzy południem a godziną pierwszą po południu uda się coś załatwić w statystycznej czeskiej firmie. Tak jak pani Zosia w Urzędzie czy innym ZUSie zaraz po dziewiątej (dziesiątej i jedenastej) kawy napić się musi, tak Czesi posiłek południowy też zjeść muszą.

Choćby się waliło i paliło, obiad rzeczą świętą jest. Nawet firmy z korzeniami zachodnioeuropejskimi czy światowymi musiały ulec lokalnym zwyczajom i czy to Microsoft, czy mała firma usługowa, wszyscy obědvají.

Niełatwo jest nieświadomemu petentowi także w piątkowe popołudnie. De facto, już po wielokrotnie wspominanym tu obiedzie, ciężko jest kogokolwiek zastać pod telefonem stacjonarnym. Oczywiście samym Czechom to nieszczególnie przeszkadza – przecież i tak zaraz po południu (szczególnie w piątek) w planach mają co najwyżej obiad. Ze zdziwieniem natomiast Czesi patrzą na Polaków i na wieść o obiedzie po godzinie siedemnastej gdyby mieli to w zwyczaju przeżegnali by się trzy razy.

Jeśli już mowa o różnicach między naszymi narodami dotyczących jedzenia, to zazdroszczę Czechom powszechnego dostępu Czechów do kanapek, bułek i innego rodzaju bagietek z wszelaką zawartością pomiędzy ich dwoma warstwami, i to w cenie jednorazowego biletu komunikacji miejskiej. Dostępne są one na stacjach benzynowych, delikatesach, na stacjach metra a nawet w trafikach, czyli tamtejszych kioskach Ruchu. Jednak szczegółowo o zwyczajach żywieniowych naszych sąsiadów poopowiadam innym razem.